Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘Informatyka’ Category

Dla odmiany temat tylko pośrednio związany z grami fabularnymi, czy w ogóle fantastyką. Coraz częściej czytam w formie elektronicznej. Od czasu gdy o urządzeniach pisałem ostatni raz minęło sporo czasu, przez który miałem możliwość dość dokładnie przetestować kilka urządzeń. Ponieważ wyznaję zasadę, że urządzenie dobiera się do funkcji którą ma pełnić, więc są to tablety z niższej półki cenowej. Skupię się na przydatności do czytania, ale nie będę pomijał pozostałych cech z których jestem zadowolony lub nie. Specyfikacje techniczną każdego z niżej wymienionych urządzeń można bez trudu znaleźć w sieci.

GOCLEVER TAB T76GPSTV

To urządzenie nabyłem zaraz po awarii GPS. W założeniu miało zastąpić uszkodzone i dostarczyć mi możliwości obejrzenia czegoś w TV podczas oczekiwania na parkingu oraz oczywiście poczytania. W komplecie oprócz ładowarki sieciowej jest też samochodowa (w końcu to m.in. GPS) więc podczas wyjazdów łatwiej o zapewnienie niezbędnego zasilania.

O ile tuner DVB-T sprawuje się znośnie (w mieście nie miałem z nim kłopotu – poza miastem nie testowałem). Jako czytnik sprawdza się tak sobie. 7″ ekran nie zapewnia komfortowej rozdzielczości, a prędkość działania przy większym obciążeniu jest żenująca. Za to bateria pozwala na swobodne czytanie (oczywiście równoczesne włączenie WIFI i GPSu bardzo skraca czas pracy) przez praktycznie cały dzień. WIFI ma tendencję do rozłączania się gdy ekran przechodzi w stan uśpienia (jest nawet odpowiednia aktualizacja oprogramowania).

Mój modem zewnętrzny Huawei działał bez problemu, a GPS z mapami Mireo całkowicie bez zarzutu. W efekcie GOCLEVER TAB T76GPSTV pełni u mnie praktycznie tylko rolę podróżną.

Manta MID801 Duo Power

Choć ogólnie z poprzedniego urządzenia byłem zadowolony (realizował zakładaną funkcjonalność, a wybierając urządzenie za niecałe 300 zł wiedziałem doskonale z jakimi problemami będę się borykał), więc zacząłem szukać taniego urządzenia o nieco lepszych parametrach ekranu i mocy obliczeniowej. Koszt do 500 zł wydał mi się odpowiedni. Tak zaczął się festiwal porażek. Nie wiem na ile to wina tego egzemplarza, a ile samej konstrukcji. 8″ wyświetlacz daje radę przy czytaniu większości pozycji, a moc obliczeniowa jest akceptowalna (lagi się zdarzają, ale nie są szczególnie denerwujące). I to koniec pozytywów. Zasięg WIFI jest koszmarny (w efekcie wymieniłem nawet router), bateria rozładowuje się w zastraszającym tempie. Nawet zewnętrzny modem ma niejakie kłopoty z komunikacją. Nadaje się więc co najwyżej na czytnik (gdyby nie ta bateria) lub urządzenie do zabawy offline.

Zalety? Mój dwuletni syn przeprowadził crash-test rzucając nim o podłogę. Skutki wgięcie aluminiowej obudowy na rogu, nieco popękany ekran, ale nadal działa. Od tej pory stanowi ulubioną zabawkę edukacyjną dziecka. Wyciągnięte wnioski? Unikać tego modelu i w ogóle produktów Manty. To już trzecie urządzenie tego producenta (wliczając odtwarzacze MP3), które nie spełniło moich oczekiwań (czas pracy na baterii i przede wszystkim WIFI) – kredyt zaufania został wyczerpany.

Kiano Core 10.1 Dual 3G

Tym razem postanowiłem postawić na duży ekran i nieco porządniejsze parametry w zakresie mocy obliczeniowej, choć nadal kluczowym elementem była cena. Dość dobre opinie i wbudowany moduł 3G przekonały mnie do zakupu.

Wydajnościowo jestem usatysfakcjonowany. Za tę cenę to bardzo dobry zakup pozwalający spokojnie pobawić się zdecydowaną większością gier – aplikacje tym bardziej śmigają. Rozmiar (10,1″) rozdzielczość ekranu i wytrzymałość baterii (kilka godzin) pozwalają spokojnie czytać. Masa mogłaby być mniejsza – to chyba największa wada. Wbudowany modem ma kłopoty z kartami SIM zabezpieczonymi PINem i czasem wymaga restartu tabletu, by łaskawie dostrzec sieci GSM. WIFI bez zarzutu. Modem zewnętrzny także (nawet dla kart SIM z założonym PINem). Z tego urządzenia jestem zadowolony – cena niestety dość wysoka (~850 zł) ze względu na 3G.

Uwagi ogólne

Z czytaniem PDFów na tablecie nie jest wcale różowo. Nawet wydajne urządzenie nie gwarantuje bezbłędnego wyświetlania. Choć aplikacja Adobe jest pod tym względem prawie bezbłędna (czasem tylko wyświetla pustą stronę lub gubi tło – tak miałem np. podczas czytania TimeZero: Operative’s Manual) to lepsze efektu osiągałem z aplikacją Amazona (Kindle). Plik PDF wystarczy wgrać do katalogu aplikacji. Inne aplikacje radziły sobie raczej słabo – od gubienia stron, po nagłe zamykanie aplikacji. Jeśli ktoś ma dobre doświadczenia z aplikacjami do PDFów pod Androida to chętnie przetestuję.

Read Full Post »

Tak jakoś zawsze się układa, że pewne projekty kończą u mnie swój żywot na fazie wstępnej. O dwóch postanowiłem dziś napisać parę słów.

Pierwszy z nich nosił roboczą nazwę Pajęczarz. W ramach zapoznawania się z biblioteką ExtJs (taki AJAXowy kombajn) wpadłem na pomysł napisania aplikacji do zarządzania kontaktami w pajęczynie De Profundis. Nic wielkiego – możliwość utworzenia „gry” z opisem, tworzenia postaci i linkowania ich do konkretnych gier. Dodatkowo ewentualnie możliwość komunikacji między graczami i jakieś tam funkcje zarządzania tym wszystkim. Szkic projektu powstał na peryferiach Wrocławia, gdy czekałem w samochodzie. Kilka stron notatek przelałem na nieco tabel w MySQL i nieco kodu w PHP. Tak się złożyło, że w tym samym czasie w pracy dostałem spory projekt do zrobienia i mniej pilna robota została odłożona na później. Początkowy entuzjazm opadł i projekt powędrował do szuflady z napisem „jeśli nie zaglądałeś tu od roku to wyrzuć bez sprawdzania co jest w środku”. Tkwi tam już chyba z dwa lata.

Kolejny niewypał dotyczył gry Do: Pilgrims of the Flying Temple.  Gra świetnie nadaje się do rozgrywania online przy użyciu np. forum. Jedyne co by się przydało to generator do losowania kamieni z sakiewki. Oczywiście pomysł szybko rozrósł się o przechowywanie informacji o postaciach, ich statusie, przebiegu gry itp. Zanim dopadły mnie nowe obowiązki zdążyłem napisać działający generator. Do minimalnej funkcjonalności zabrakło obsługi kont dla graczy i jeszcze kilku administracyjnych drobnostek. Jest jeszcze jakaś szansa, że do tego projektu akurat wrócę, choć raczej niewielka.

Jak widać wszelkie projekty wykraczające poza moje zawodowe obowiązki nie mają szczęścia. Szczególnie wykorzystujące PHP, który nie jest moim ulubionym językiem (jest za to powszechnym w hostingu). Ciekaw jestem, czy gdybym doprowadził jej do końca cieszyłyby się jakimkolwiek zainteresowaniem.

Read Full Post »

Print friendly

Ostatnio przy jakiejś okazji wlazłem na bloga poświęconemu zagadnieniom z zakresu mojej pracy zawodowej. Przy tej okazji zauważyłem całkiem przydatna funkcjonalność: możliwość skorzystania z konwersji zawartości wyświetlanej strony na przyjaźniejszą drukarce.  Nie ma w tym nic niezwykłego, ale akurat ten skrypt ujął mnie swoimi możliwościami możliwościami edycji. Skrypt możemy oczywiście podpiąc pod np. własnego bloga, albo wykonać na obcym adresie. Polecam obejrzeć: www.printfriendly.com.

A może znacie coś lepszego?

Read Full Post »

Polecanka: Dropbox

Zdarza się potrzeba zamieszczenia jakiegoś własnego materiału w sieci. Wiele osób posiada własny hosting, ale chyba nadal większość korzysta z miejsc udostępniających możliwość prowadzenia strony, czy też bloga, za darmo. Wtedy najczęściej okazuje się, że mają kłopot z zamieszczaniem materiałów do ściągnięcia. Oczywiście Rapidshare, Scribd itp. platformy pozwalają na ominięcie problemu, ale mają pewne wady. A to osoba chcąca ściągnąć materiał musi się zarejestrować (lub posiadać konto na Facebooku), a to znów czas przechowywania materiałów jest ograniczony. Na szczęście są lepsze rozwiązania i jedno z nich chciałem polecić.

Dropbox to właściwie dysk sieciowy z możliwością synchronizacji danych z  fizycznym katalogiem na komputerze (a właściwie nawet kilku). Oprogramowanie synchronizujące (z którego wcale nie musimy korzystać, bo od czego jest przeglądarka internetowa), jest dostępne dla Windowsa, Linuksów, Maca, a nawet platform mobilnych. Naprawdę świetna sprawa, ale nas interesuje szczególnie jedna z własności Dropboxa. Otóż jeden z katalogów jest udostępniany tak jak witryna WWW. Oznacza to, że każdy z plików w katalogu Public może zostać udostępniony komukolwiek za pomocą specjalnego linka. Ma on postać „http://dl.dropbox.com/u/<nasz_unikalny_numer>/<nazwa_pliku>&#8221; . Żadnego logowania – można ściągać.

 Dropbox ma jeszcze parę fajnych funkcji, typu współdzielenia zasobów z innymi użytkownikami, które sprawiają, że stał się dla mnie bardzo przydatnym narzędziem. Za jego używaniem przemawia też fakt, że 2GB dysku dostaje się po prostu za darmo. Szczerze polecam.

Na koniec link: dropbox.com. Tam dowiecie się więcej.

Read Full Post »

Nie planowałem zakupu kolejnego czytnika PDFów. Tak się jednak złożyło, że jako nagrodę w konkursie otrzymałem czytnik Icarus Go. To znakomita okazja, żeby porównać go z posiadanym Vedia eReader K4.

Przede wszystkim mamy do czynienia z technologią eInk. Odblaski światła na ekranie przestają mieć jakiekolwiek znaczenie, kolory są dwa (czarny i biały), za to w 8 odcieniach. Dokładne dane techniczne łatwo znaleźć w Internecie, wiec ponownie skupie się na wrażeniach z użytkowania. Jeśli ktoś chce się zapoznać z oceną czytnika w specjalistycznym portalu to zapraszam na e-tekst.pl.

Do czytnika nie jest dołączony zasilacz, a jedynie przewód USB. Brak też jakiegokolwiek pokrowca. Drukowana instrukcja ma chyba ze 4 zdania. Za to w pamięci flash znajdziemy podręcznik w języku angielskim i kilka książek we wszystkich dostępnych wersjach językowych menu, w tym w polskim. Są Krzyżacy, Quo Vadis, LalkaHamlet itp.

Czytnik działa zdecydowanie szybciej od K4.  Najbardziej pracochłonna strona (okładka jednego z podręczników z szczegółową grafiką) ładowała się kilkanaście sekund. Przeważnie przeładowanie strony zajmuje zdecydowanie mniej niż sekundę. Sześciocalowy ekran w rozdzielczości 600 x 800 pikseli (160 DPI) jest zdecydowanie wyraźniejszy od tego w Vedii, ale część podręczników z kolorowymi grafikami traci na czytelności.

Z grafikami w ogóle bywa problem w PDFach na Icarusie. Niektóre się nie wyświetlają. Nie udało mi się póki co zauważyć prawidłowości. Mam jedynie podejrzenie, że może to mieć związek z problemami, jakie kiedyś zgłaszał przy składzie Piotr Ramel, bowiem nieszczęsny PDF to Sensacja i Przygoda.

Icarus reaguje na zmianę położenia obrotem strony – dość łatwo udaje się znaleźć taki poziom powiększenia (ustalany skokowo), żeby czytać wygodnie. Ogólnie dokumenty z małą czcionką są czytelne dopiero po obróceniu czytnika i rozciągnięciu dokumentu na szeroość ekranu.

Dużo lepiej jest też z otwieraniem PDFów. Spróbowałem otworzyć wszystkie pliki z którymi były kłopoty na K4 i jak dotąd powtórzył się jedynie problem z otwarciem Legends of Anglerre. Na szczęście wystąpienie błędu na Icarusie nie blokuje czytnika, jak w przypadku Vedii.

W porównaniu do zachowania Vedia eReader K4 jest dużo lepiej. Gdybym miał się ponownie decydować na zakup czytnika wybrałbym Icarusa Go, szczególnie że w tej chwili można go nabyć w okolicach 550 zł. Na szczęście nie było takiej potrzeby – tym większa mam satysfakcję. Dla osób lubiących czytać i nosić ze sobą całą biblioteczkę to dobry zakup. W skali szkolnej „4”. No może „4-” za minimalistyczny osprzęt (brak zasilacza i słuchawek) – dla mnie to akurat żaden problem, bo trochę tego w domu mam.

Read Full Post »

Liczba PDFów jakie posiadam osiągnęła liczbę przy której nie można już było uniknąć zakupu czytnika. Przy wyborem wahałem się dość długo – interesowała mnie nie tylko użyta technologia oraz parametry urządzenia, ale w znacznej mierze cena. Ostatecznie przeważył czynnik ostatni i zdecydowałem się na zakup Vedia eReader K4. Znalezienie parametrów technicznych nie jest żadnym wyzwaniem, skupię się więc na wrażeniach z użytkowania.

Pierwsze wrażenie było całkiem pozytywne. Ładnie zapakowany, estetyczny z podstawowym osprzętem (słuchawki, zasilacz USB, pokrowiec, szmatka do czyszczenia ekranu, kabel USB 0,5 m). Przy rozpakowywaniu okazało się jednak, że folia ochronna jest dość dobrze przytwierdzona do wyświetlacza, a taśma mająca ułatwić jej zdjęcie niestety zbyt słaba (zerwała się przy pierwszej próbie).

Czytnik po włączeniu wita estetycznym, kolorowym menu – póki co wygląda świetnie. Domyślnym językiem jest polski (Vedia to rodzimy producent/dystrybutor, ale napis na produkcie made in China jest chyba już dziś nie do uniknięcia). Urządzenie dostarczone jest z kilkoma przykładowymi plikami. Pierwszy minus ujawnił się zaraz po ich otworzeniu.

Dolna połowa ekranu nosiła wyraźne ślady jakby ciągłego odświeżania, a obraz nieco się rozmazywał. W pierwszym momencie uznałem to za uszkodzenie wyświetlacza, ale problem znika natychmiast po powrocie do menu. Rozwiązaniem okazała się zmiana domyślnego tła na inne – problem zniknął jak ręką odjął. Mimo wszystko bardzo nieprzyjemne wrażenie pozostało.

Przyszedł czas na przetestowanie czytnika z moimi zbiorami. Kolekcję mam nie małą i jest z czego wybierać, więc dobrałem sobie możliwie jak najbardziej reprezentatywny zbiór. Liczyłem się oczywiście z faktem, że 5-cio calowy ekran o rozdzielczości 480×800 nie zapewni mi komfortu czytania pewnych dokumentów bez powiększania – nie traktuję tego jako wady. Jak wypadł test?

  • Bliss Stage – w oryginale format zbliżony do A5, duże czcionki, niewiele czarno-białych ilustracji – wypadł znakomicie. Do takich dokumentów jest ten czytnik wręcz stworzony.
  • Dresden Files RPG –  40,2 MB, tło pod tekstem, dwie kolumny, kolorowe ilustracje, format oryginału zbliżony do A4 – jest całkiem dobrze. Wystarczy użyć największego dostępnego powiększenia (dzieli stronę na cztery obszary między którymi poruszamy praktycznie bez opóźnienia)
  • Mouse Guard – w oryginale rozmiar kwadratowy o boku zbliżonym do krótkiego A4, jedna kolumna, tło pod tekstem – koszmar, bez powiększenia nie da się praktycznie czytać, a po powiększeniu trzeba przewijać każdą linijkę.
  • Smallville RPG – parametry zbliżone do Dresden Files RPG, podobnie jak wrażenia z czytania na K4.
  • Legends of Anglerre – parametry zbliżone do Dresden Files RPG, może poza rozmiarem pliku (ok. 94 MB) – każdorazowo zawiesza urządzenie i wymagany jest reset (wyłącznik też nie działa)
  • Wild Talents, Pirates of the Spanish Main, Dirty Secrets, Klanarchia i Swords & Wizardy PL, Nemezis – żaden z tych plików nie otworzył się (zgłasza się błąd dekodowania pliku – czasem dopiero na kolejnych stronach) na urządzeniu generując komunikat błędzie. Ciekawostkami są fakty, że przygoda do Klanarchii (Szarpane Miasto) nie miała tych problemów, a S&W PL jest wykonane przy użyciu Open Office 3.1 (co raczej sugeruje, że nie powinno być problemów).
  • Bez problemu otwierały się PDFy z ICONSSWEPLLabirynths & Lycanthropes, Pathfinderem, MythicPolaris,  czy choćby Arthesią. Ogólnie dla większości plików nie było problemów.

Nie mniej zabawnie było z e-zinami. Tu mogłoby się wydawać, że praktycznie każdy PDF otworzy się bez problemu. Nie trudno jednak zauważyć, że zgodnie z panującą modą część z nich „wydawana” jest na odwróconym formacie A4 (Gwiezdny Pirat i Poltergeist). Trójkolumnowy układ tekstu nie ułatwia czytania, ale powiększenie z rozciągnięciem na całą wysokość i przełączenie tzw. „trybu mobilnego” (kto u diabła nazwał tak szybkość przesuwu treści na ekranie?) z „szybki” na „wolny” pozwala zmniejszyć ilość przesunięć koniecznych do wygodnego czytania (swoją drogą „szybki” przesuwa do krawędzi, a „wolny „skokowo o pewną wartość – nie dało się tego nazwać jakoś sensowniej?). Rebel Times postanowił się nie uruchomić, w przeciwieństwie do Wieży Snów.

Im PDF prostszy tym lepiej, zdecydowanie duże czcionki i przeznaczenie na mały format pomagają w czytaniu. Nie udało mi się znaleźć jednoznacznego wspólnego mianownika charakteryzującego pliki z którymi czytnik ma problemy.

Problemy są od tego, żeby sobie z nimi radzić. Ponieważ uparłem się, że przeczytam na czytniku nawet te PDFy, z którym sobie on nie poradził, opracowałem metodę konwersji na format poprawnie wyświetlany. Z pewnością nie jest ona optymalna, ale powinna zadziałać za każdym razem (Calibre nie uruchomił mi się pod Windowsem, a mnie zależało na czasie). Do konwersji wykorzystałem Acrobat Readera i wirtualną drukarkę CutePDF. W Acrobat Readerze ustawiłem podczas wydruku w opcjach zaawansowanych „drukuj jako obraz”, a w zaawansowanych właściwościach drukarki CutePDF jakość wydruku na 72dpi. Plik zasadniczo się rozdyma i traci na jakości, ale mimo wszystko daje się już go czytać. Przeciętne zwiększenie objętości waha się od 2-óch do nawet 5-ciu razy przy podanych parametrach. „Wydruk” przy 144dpi jest zdecydowanie czytelniejszy (plik rośnie około 4-krotnie w stosunku do 72 dpi) i praktycznie niezbędny dla plików o mniej czytelnym druku (np. Nemezis).

Inną przetestowaną przeze mnie metodą było otwarcie pliku w programie  PDF X-Change Viewer i zapisanie go ponownie. Wielkość pliku uległa zmianie w niewielkim stopniu (mniej niż o połowę), ale nie wszystkie pliki zaczęły otwierać się poprawnie (udało się z Klanarchią i Wild Talents, ale nie z Swords & Wizardy PL i Nemezis).

Parę słów o wrażeniach z samego czytania. Dokument A4 małą czcionką jest ledwo czytelny. Po maksymalnym powiększeniu daje się już rozróżniać literki bez kłopotu, ale z pewnością męczy oczy. Jeśli wcześniej musieliśmy go potraktować skanem w rozdzielczości 72dpi, to lepiej sobie odpuścić. 144dpi to w tym wypadku minimum, które i tak jakiegoś specjalnego komfortu nie zapewni.

PDFy o formacie A5 z większą czcionką czyta się bardzo dobrze. Zdecydowanie lepiej niż na ekranie monitora.

W czasopismach Linux+ i Software Developer Journal, nagłówki artykułów są wystarczająco czytelne, ale tekstu w kolumnach nie da się już czytać bez powiększenia.

Po kilku dniach użytkowania doszedłem do wniosku, że opłaca się prawie każdy dokument konwertować przy użyciu wydruku na CutePDF w rozdzielczości 144dpi. Plik jest prawie tak samo czytelny, a zazwyczaj zyskujemy na czasie zmiany strony (dla tak skonwertowanego pliku wynosi on poniżej sekundy).

Z innych wartych wspomnienia obserwacji należałoby wymienić:

  • Na czytniku nie otworzył się (błąd parsowania dokumentu) jeden z dołączonych plików w formacie ePub.
  • Czas przerzucania strony zależy od skomplikowania dokumentu i potrafi dochodzić do kilku sekund – w większości wypadków nie przekracza sekundy (jest pasek informujący o postępie wczytywania – bez niego czasem trudno byłoby ocenić, czy urządzenie dalej reaguje).
  • Ekran nie reaguje na obracanie  urządzenia – pliki graficzne można obracać ręcznie, a PDFów wcale.
  • Ekran nie jest dotykowy (nie mogę pozbyć się odruchu i zostawiam zbędne odciski palców na ekranie).
  • Powiększenie jest skokowe – kilka trybów do wyboru i koniec. To zdecydowanie minus.
  • Wibracyjne (można wyłączyć) powiadomienie o naciśnięciu klawisza.
  • Klawisze są niezwykle czułe, co przy gabarytach urządzenia prowadzi dość często do niezamierzonego przerzucenia strony.
  • Systemy operacyjne wykrywają urządzenie jako dysk przenośny. Dopóki nie ma konieczności wgrania na czytnik plików z DRM (obsługuje takowe), dopóty nie ma znaczenia jaki to system operacyjny.
  • Czytnika można używać gdy jest podłączone do zasilania, ale nie wtedy, gdy jest podłączone do komputera.
  • Według informacji na stronie producenta można rozszerzyć pamięć dzięki microSDHC o maksymalnej pojemności 16GB. Instrukcja dołączona do urządzenia mówi zaledwie o 8GB microSD. Nie miałem możliwości tego zweryfikować, ale najprawdopodobniej to instrukcja jest nieaktualna.
  • Oprócz grafiki urządzenie potrafi także wyświetlać pliki wideo. Odtwarza także muzykę.
  • Pierwsze zgłoszenie niskiego stanu baterii wyłącza czytnik. Kolejne już nie, a dopiero zupełne rozładowanie baterii.
  • Tło wybrane dla czytnika delikatnie przebija przez PDFa.
  • Zgodnie z zapewnieniami producenta w pełni naładowana bateria wystarcza na maksymalnie 7 godzin czytania. W trakcie moich testów (wyłączony wibrator, bez muzyki, domyślne podświetlenie ekranu) uzyskałem wynik ok. 4,5 godziny. To zdecydowanie poniżej deklarowanej wartości.

Podsumowując jest najwyżej dostatecznie („3-” w skali szkolnej). Do celów do jakich nabyłem czytnik jest on wystarczający. Nie obraziłbym się na 6-cio calowy ekran i możliwość obracania PDFów (jej brak akurat dość mi przeszkadza), także automatyczną. Osoba chcąca czytać dużo bez potrzeby ładowania baterii z pewnością nie będzie usatysfakcjonowana. Biorąc pod uwagę cenę gotów jestem zaakceptować niedogodności. Nie mam niestety porównania z innymi czytnikami i trudno mi ocenić, czy kłopoty jakie sprawia K4 są swego rodzaju standardem, czy też dotyczą jedynie tego modelu lub producenta.

Read Full Post »

Wstępu słów klika

Po wstępnych oględzinach OpenGoo wiedzieliśmy, że nie spełnia naszych oczekiwań jako programistów. Nie było wyjścia, musielismy znaleźć coś innego. I znaleźliśmy Redmine (redmine.org). Już sama prezentacja (demo.redmine.org) wyglądała ciekawie, ale program pokazał pazur dopiero na naszym serwerze.

Okiem zabieganego człowieka

To nie jest program dla menadżera. Kierownik projektu programistycznego odnajdzie się w nim z pewnością, ale przedstawiciel handlowy nie ma tu czego szukać. Tym drugim polecam OpenGoo.

Okiem programisty

Już na pierwszy rzut oka jest dobrze. Można podłączyć repozytorium i w wyjątkowo prosty sposób wiązać zadania z rewizjami. Chcesz sprawdzić jakie wprowadzono zmiany, porównać? Żaden problem. Repozytorium Subversion, CVS, Git, Mercurial, Bazaar, Darcs? Nie ma sprawy. Podział zadań na rozwój, poprawki, naprawy błędów. Możesz zdefiniować własne. Tak samo jak role. Naprawdę duża konfigurowalność. Wiki. Forum. Zarządzanie dokumentacją. W ramach raportowania Gantt. Eksport, który robi poprawne i ładne PDFy. Przefajnie. Dostajesz to, co w każdym programie do zarządzania plus bajerki dla programistów. Oczywiście wszystko na GPL 2.

Okiem użytkownika – administratora

No dobrze, są też wady. Na byle hostingu się tego nie postawi. Ruby 1.8.7, Rails 2.3.4 oraz MySQL 4.1+ (na razie za wyjątkiem 5.1) lub PostgreSQL 8 lub SQLite 3. W domu, czy firmie nie problem coś takiego postawić, ale nie każda firma zewnętrzna oferuje coś takiego do zewnętrznego użytku.

Instalacja też nie należy do tych, co to się je da z zamkniętymi oczami przeprowadzić. Czeka nas trochę grzebania w plikach konfiguracyjnych i ręcznego klepania w powłoce. Efekt jest jednak tego wart.

Instalacja na Ubuntu Server 9.10 (łopatologicznie)

Instalujemy Ubuntu Server 9.10 w wersji podstawowej (bez dodatkowych pakietów).

Idąc po najlżejszej linii oporu skorzystałem z pakietu dostępnego tu: http://leapster.org/packages/redmine/ubuntu/. Nie jest to najnowysza wersja Redmine (0.8.4-1 vs. 0.8.7) – osobiście polecam zainstalowanie zgodnie z opisem na stronie domowej projektu, ale ze względu na wymagania postawione przez administrację serwera lepszym rozwiązaniem było skorzystanie z pakietu, nawet jeśli starszego. Istnieje też możliwość skorzystania z przygotowanej instalacji pod kilka systemów operacyjnych.

sudo apt-get install lynx

Teraz korzystając z przeglądarki w trybie tekstowym ściagamy potrzebny pakiet.

lynx http://leapster.org/packages/redmine/ubuntu/

Teraz skazana na niepowodzenie próba instalacji:

dpkg -i redmine_all-0.8. 4-1.deb

Dostajemy komunikat o niespełnionych zależnościach i niemożności skonfigurowania pakietu.

sudo apt-get -f install

W ten sposób uzupełniamy brakujące zależności.

dpkg -i redmine_all-0.8. 4-1.deb

Powtórzenie instalacji pakietu zapewni nam jego skonfigurowanie.

Zgodnie z komunikatem wyświetlamy sobie plik README i wykonujemy wskazane kroki:

sudo touch /etc/redmine/database.yml
sudo vi /etc/redmine/database.yml

Wprowadzamy oczywiście:

 production:
   adapter: sqlite3
   dbfile: db/production.db

Na tym etapie warto zadbać o przydatne pakiety:

sudo apt-get install sqlite
sudo apt-get install subversion

Teraz przechodzimy chwilowo na  użytkownika redmine:

sudo su – redmine
rake db:migrate RAILS_ENV=”production”
exit

Edytujemy jeszcze plik konfiguracyjny:

sudo vi /etc/default/redmine

START=true

Zanim odpalimy serwer, jeszcze drobna uwaga odnośnie subversion. Trzeba nieco przekonfigurować sposób zapamiętywania haseł dla svn, żeby nie było kłopotów z dostępem do repozytoriów:

sudo vi /etc/subversion/servers

 store-plaintext-passwords = yes

Teraz pozostaje wystartować serwer:

sudo /etc/init.d/redmine start

Domyślne login/hasło: admin/admin, a serwis dostepny na http://localhost:3000

Uwagi końcowe

Oczywiście Redmine można postawić na  MySQL lub PostgreSQL. Niestety pojawiły się pewne trudności, które ze względu na m.in. bardzo krótki czas na instalację i przetestowanie funkcjonalności zmusiły mnie do wybrania najprostrzego rozwiązania (SQLite).

Redmine współpracuje z bazami MySQL w wersji 4.1+ za wyjątkiem 5.1. Nasi administratorzy ze względu na nawał pracy wymagają, by serwery miały możliwie prostą (czytaj: domyślną) konfigurację. Ubuntu 9.10 ma najnowszą wersję MySQL, więc pozostał PostgreSQL.

PostgreSQL niestety wypiął się przy próbie migracji bazy. Komunikaty wskazywały na błędy w plikach Redmine (choć oczywiście przyczyna mogła być inna – np. błędna konfiguracja), a czas topniał. SQLite odpalił od pierwszego kopa.

Ze względu na konieczność przechowywania jawnie hasła do repozytoriów trzeba zabezpieczać się  inaczej. Osobiście proponuje na serwerze z repozytoriami wycinać dostęp po haśle z innego miejsca niż serwer z Redmine (zostawiając jako drugi kanał dostępu np. svn+ssh z logowaniem kluczami rsa), oraz udostępniać dla tego użytkownika repozytorium tylko do odczytu.

Read Full Post »

Older Posts »